doszedłem do granic miasta
patrzę na tablicę z nazwą miejsca
w którym toczy się egzystencja
jak piana z pyska wściekłego psa
doszedłem do granic miasta
i patrzę na tablicę z nazwą tego miejsca
jak na wyrok
jak na orzeczenie sądu najwyższej instancji
i nie wierzę własnym oczom
świadomość balansuje na granicy
jawy i snu
pokutować od dnia narodzin
zbliżając się do absolutu?
no tak kolejny dzień kolejny krok
czy podróż cielesna wyzwoli duszę
z żelaznych okowów rozumu?
wokół gęstwa ciemnego lasu
pająki snują swoje galaktyki na gałęziach
ten moment
słyszysz jak wiatr w kominie śpiewa
lacriomsę
i widzisz źrenicę słońca
zza rzęs drzewa
zamiast gońca na skos idzie wieża
wola najwyższego objawia się czasem
gdy jesteś w paszczy krwiożerczego zwierza
zstępuję
w oddali zakręt drogi
jeden tylko mam promyk
jak pióro źdźbło miecz
pętla zaciska się
tnę
idę idę
słucham słucham
i lgnę bezustannie lgnę
klucz dzikich kaczek
otworzy drzwi